Milena (cz. 4)

on 01-2-2012 in Kobiety

Milena (cz. 4)

Okazało się, że Milena znowu trafiła do szpitala. Gdy była we wtorek u tego lekarza, ten zapisał jej od razu nowe tabletki na nadciśnienie. Jednak źle na nie zareagowała i o piątej rano zadzwoniła po pogotowie. Wylądowała na intensywnej terapii, a w szale pakowania rzeczy do szpitala nikt nie pomyślał o zapakowaniu do torby jej komórki. Na dodatek Olga (córka) zgubiła mój numer telefonu i miała tylko adres email – ten stary.
W sobotę rozmawiałem z Mileną przez telefon. Okazało się, że jeszcze kilka dni zostanie na obserwacji. Postanowiłem sprawdzić tą całą historię. Zadzwoniłem na izbę przyjęć szpitala, w którym, jak twierdziła, przebywała. Przedstawiłem się jako przyjaciel, który chce ją odwiedzić, podałem jej imię i nazwisko… i nic. Takiej pacjentki w ogóle nie mieli! Połączyłem się ponownie z Mileną aby dowiedzieć się, w jakim pokoju jest umieszczona. Oznajmiłem, że chciałem jej zrobić niespodziankę wysyłając kwiaty, a tu twierdzą, że nie mają jej w spisie pacjentów… To, co nastąpiło, można już tylko opisać jako gigantyczną awanturę godną tej całej popierdolonej historii: Milena wypisała się na własne życzenie ze szpitala, ponieważ pokłóciła się dramatycznie ze swoją matką, m. in. o wyjście Olgi na imprezę sylwestrową, na co, wbrew woli Mileny, ta nie chciała pozwolić. Ja z kolei przeczytałem w smsie same rewelacje, m.in. że „nigdy jej nie kochałem” (wtf?!) oraz, że według kobiety w recepcji nikt się o nią nie pytał (to niby z kim ja rozmawiałem?!).
W tym momencie stwierdziłem, że wszelkie dopuszczalne granice czegokolwiek, nie tylko mojej cierpliwości, zostały przekroczone i napisałem pożegnalnego maila. I dokładnie to jest ten moment, ten absolutnie ostatni moment, gdy trzeba było sobie całą akcję odpuścić. Niestety… nie odpuściłem. Uległem jej setkom telefonów, smsów i maili, zapewnieniom, że to koniec robienia problemu z niczego, że to koniec takich wiadomości, że od teraz zrobi wszystko, aby i z jej strony było pięknie. No cóż. Mateusz i Kornel mają rację. Jestem pizdą ;)

Wszystko wróciło do normy, z tym, że faktycznie wzięła się w garść i było naprawdę fajnie. Jako trzeci – i już ostateczny termin spotkania ustaliliśmy weekend 20-22 stycznia. Zadeklarowałem ponadto, że jest to jej ostatnia szansa, ponieważ jeśli ona nie przyjedzie, to ja przyjadę do niej.Tym razem wszystko miało się udać – i było też zapięte na ostatni guzik. Ponieważ od akcji w sylwestra nie odbierała telefonów od matki, umówiła się z siostrą, że ta przypilnuje przez weekend dzieciaki , co było z kolei gwarantem komfortu psychicznego podczas jej pobytu u mnie. Jednym słowem: byłem przygotowany na najlepsze…

W piątek rano obudziłem się z niejasnym i nie miłym przeczuciem, że ten dzień nie zakończy się tak, jak przewidywał to mój scenariusz. Natychmiast włączyłem komputer, odpaliłem Outlooka. No i oczywiście… Był mail.  Jego treść przeszła jednak nawet moje najśmielsze najgorsze oczekiwania. Abstrahując od jego dziwnej formy rzecz sprowadzała się do jednej kwestii: nie ma 35 lat. Tylko 44. I owszem, na tych stu przesłanych zdjęciach – to była ona. Tylko że wbrew deklaracjom (nie raz się dopytywałem zdziwiony jej młodym wyglądem) nie były robione w ciągu ostatnich trzech lat, tylko sprzed bóg-wie-ilu dekad. I dzisiaj nie nosi – znowu wbrew jej oświadczeniom – rozmiaru 34. A gdy przed sylwestrem trafiła do szpitala, to nie z powodu źle dobranych leków na nadciśnienie, tylko z powodu skonsumowania zbyt dużej ilości jakiś dziwnych tabletek na odchudzanie niewiadomego pochodzenia.

Wybrałem jej numer. Nie chciała ze mną rozmawiać, płakała, oczywiście obwiniając mnie za wszystko. No wiadomo, winny zawsze musi się znaleźć, a pod ręką pozostałem tylko ja. Nie zamierzam nawet ukrywać mojego rozczarowania, rozgoryczenia, źle ukrywanego smutku. Dobrze czułem się w jej towarzystwie – wirtualnym jak i podczas tych setek godzin, które spędziliśmy na rozmowach telefonicznych. Byłem przekonany, że trafiłem wreszcie na kogoś normalnego, kto mnie nie zawiedzie, nie będzie się bawić w gierki, z kim będę mógł spędzić przyszłość, się razem zestarzeć. Boli tym bardziej, że już od pierwszej rozmowy nie raz wspominałem, jak bardzo na tle mojego bagażu doświadczeń brzydzę się kłamstwem, zwłaszcza w związku – a tu… niespodzianka.

Otrzymałem maila od Olgi. Milena opowiedziała jej prawdę. Jak stwierdziła, „żal mi Ciebie i Jej”. No cóż. Przykro mi. Był nie jeden moment, w którym Milena mogła powiedzieć prawdę, ale tego nie uczyniła, podtrzymując całą tą chybotliwą konstrukcję świata alternatywnego opartą na kłamstwie.
Z jednej strony, patrząc trzeźwo, nic wielkiego się nie stało. Dwa miesiące – to nie wieczność. Ale szkoda mi tej nadziei, którą żyłem i którą pogrzebałem. Tego uczucia pustki, które mnie ogarnęło po przeczytaniu jej maila. Świadomości, że ktoś ze mną pograł – i to jak prymitywnie…




_________________________________

Zdjęcie: Nicolas Raymond, sxc.hu


One Comment

  1. No tak, tutaj nie wiem jaki komentarz jest adekwatny. Smutna historia i Twoja i jej. Otoczona byłam kłamstwem nie widząc go przez wiele miesięcy, a może lat a miłość powodowała, że wszystko brałam za dobrą monetę. Tylko, że mogłam w to wierzyć bezpiecznie, bo pod przysięga wobec Boga i ludzi slyszałam .. ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość…nie wpadłam na pomysł, przez 22 lata, że to były tylko słowa.

Submit a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge